Koperta ze znakiem małpki.

urzadatum [dot] opole [dot] pl

Strona z projektami dofinansowanych z funduszy europejskich realizowane przez Miasto Opole
Strona z informacją o projektach dofinansowanych ze środków budżetu państwa
Strona główna elektronicznej platformy usług administracji publicznej
Strona Biuletynu Informacji Publicznej Urzędu Miasta Opole
udostępniony zestaw kanałów informacyjnych RSS strony www.opole.pl
Tłumacz języka migowego
tekst łatwy do odczytania ETR
Miasto
Kultura

Od Opola do ... - wywiad z Kortezem

Kortez

Jest związany z naszym miastem od samego początku swojej kariery artystycznej. Zadebiutował na scenie podczas trzeciej edycji Opole Songwriters Festival w 2014 roku. Teraz wraca do naszego miasta w ramach trasy promującej nową płytę „Holiday tour“. Koncert w opolskim amfiteatrze 29 lipca, a my namówiliśmy Korteza na garść wspomnień o początkach jego kariery artystycznej. Cały wywiad dostępny jest w lipcowym numerze magazynu "Opole i kropka".

- Czy przed tym pierwszym koncertem w 2014 roku miałeś okazję być w Opolu?

- Nie, nigdy. Opole zawsze mi się kojarzyło z takim panem Tadeuszem, który należał do grona przyjaciół moich rodziców i czasami nas odwiedzał, raz na kilka lat. I w zasadzie tyle wiedziałem o Opolu. Byłem wtedy takim gościem z małej wsi, który nie ruszał się nigdzie dalej poza Rzeszów. Zawsze marzyłem o Warszawie, żeby wyjechać i ją zobaczyć. Jak miałem okazję gdzieś się wyrwać, chętnie z niej korzystałem. To moje pierwsze spotkanie z Opolem zakończyło się na hotelu i knajpie, która była ekstra. (Koncert odbył się w nieistniejącej już klubokawiarni „Kontakt“ przy ulicy Nysy Łużyckiej 62).

- No właśnie, jak wspominasz ten występ?

- Pamiętam, że zaraz po wejściu, po prawej stronie było miejsce, gdzie rozłożyliśmy się z Olkiem (Olkiem Świerkotem - gitarzystą i producentem płyty „Bumerang”). Nie miałem w co się ubrać i założyłem sweter, co było totalną głupotą. Pamiętam też, że wcześniej zapuściłem brodę i że impreza po koncercie trwała długo, chyba nawet do rana. Cud, że nie wyszedłem stamtąd z żadnym tatuażem.

- Ja z kolei pamiętam, że nie miałeś wtedy jeszcze polskich tekstów.

- Nie miałem w ogóle polskich tekstów. Chyba tylko „Zostań” było po polsku, a reszta po angielsku, bez gramatyki, składu ładu. Coś tam mniej więcej starałem się śpiewać, ale z moją kluchą w gębie i tak mało kto mógł to zrozumieć.

- Czyli śpiewałeś jak to się mówi „po norwesku”?

- Tak właśnie było. Zagrałem koncert „po norwesku”, a i tak wszyscy powiedzieli, że było super.

- Wtedy zobaczyło cię zaledwie kilkadziesiąt osób, ale kiedy drugi raz występowałeś na Opole Songwriters Festival w październiku 2016 roku duża sala w Teatrze im. J. Kochanowskiego pękała w szwach. Coś z tego wieczoru szczególnie zapamiętałeś?

- Na próbie mieliśmy problemy z prądem i jakimś kablem, który robił zwarcie, ale na szczęście udało się opanować sytuację. Pamiętam też, że podczas koncertu miałem na sobie bordową koszulkę z napisem „Brooklyn”.

- Jak zmieniło się twoje życie po sukcesie płyty „Bumerang”?

- Poza jakością życia tak naprawdę niewiele się zmieniło. Podchodzę do grania tak samo, jak na początku, może jedynie z innym rodzajem pewności tego, co robię. Scena to takie miejsce, w którym możesz zrobić co zechcesz nawet, jeśli powtarzasz coś milion razy. Zawsze traktowałem to jako formę oderwania się od codzienności. W trasie wszystko jest poukładane: godz. 7:00 wyjazd, godz. 10:00 stacja benzynowa, godz. 14:30 obiad, godz. 15:00 próba, a potem wieczorem koncert. Przez to poukładanie można wpaść w pewnego rodzaju rutynę, która jest zgubna, ale ostatnio w tej rutynie znalazłem coś ciekawego. Kiedy przeskoczysz myśl, że każdy dzień w trasie koncertowej jest taki sam i że może wydawać się to nudne, nagle okazuje się, że możesz zaskoczyć czymś samego siebie. Nawet, jeśli każdy dźwięk masz już pod palcami, wszystko jest wyuczone i potrafisz odegrać to z zamkniętymi oczami.

- Teraz występujesz na wielkich scenach, ale w przeszłości zdarzało ci się grywać dla dużo mniejszej publiczności. Jaka jest różnica?

- Nie ma to dla mnie znaczenia, ile osób mnie słucha i nigdy się nad tym nawet nie zastanawiałem. Zawsze wchodzę i daje z siebie wszystko. Jeśli coś robi różnicę to miejsce i warunki podczas koncertu. W jednym miejscu wrażenie robi scena, w innym drewniane wykończenia sali, w jeszcze innym świetnie rozchodzący się dźwięk, ale są też miejsca, w których słychać dużo gorzej. Trochę egoistycznie skupiam się wtedy na sobie. Kiedy kończę koncert jestem albo zadowolony albo zły na siebie, że coś mogło pójść lepiej. Jakiś czas temu z powodu klimatyzacji miałem problem z gardłem i zatokami, brakowało mi dołu w głosie, śpiewałem środkiem i czułem się sfrustrowany, ale odpaliła mi się lampka, że ludzie przyszli na koncert i oczekują, że dasz im coś wyjątkowego. Dawniej miałbym z tym znacznie większy problem, teraz zaakceptowałem sytuację, na którą nie miałem wpływu i doszedłem do wniosku, że jeśli się zdenerwuję, to będzie ze mnie epatować złość i gniew, a to w żaden sposób nie pomoże tym piosenkom. Jeśli czegoś nie da się zrobić tak jakbym tego chciał, trzeba spróbować spojrzeć na to z nieco innej strony.

Jeśli zainteresował cię ten artykuł, przeczytaj całość w magazynie "Opole i kropka": www.opole.pl/dla-mieszkanca/opole-i-kropka/opole-i-kropka-72021

Dane kontaktowe
Wydział Promocji
ul. Szpitalna 3b-5-7
45-010 Opole
bp [at] um.opole.pl
Lokalizacja